2006 01
 
 
 

Londyn Fiszera (II): Landmark we wschodnim Londynie
Tomasz Fiszer

Obserwator dokonań współczesnych architektów, śledzący zachodnie informacyjne serwisy architektoniczne i prezentacje nowopowstałych budynków oraz czytający, co twórcy mają do przekazania publiczności, zauważyć może jak szerokie zastosowanie w języku opisującym dzisiejszą architekturę znajduje określenie landmark architecture.

Konserwatywny widz wzdraga się wobec użycia pojęcia landmark dla opisania nowopowstałych obiektów, pozostając wiernym definicji, według której landmark to obiekt architektoniczny lub inny element krajobrazu o znaczącej wartości artystycznej, historycznej lub przyrodniczej, która na przestrzeni lat stała się powszechnie rozpoznawalna i jest utożsamiana ze specyfiką regionu, miasta, dzielnicy. Taki budynek góruje nad większym obszarem jeśli nawet nie rozmiarami, to przypisywanym mu przez okolicznych mieszkańców i przyjezdnych znaczeniem.

Tymczasem w Wielkiej Brytanii kuratorzy sztuki (a może dziennikarze?, trudno powiedzieć, kto był pierwszy) ukuli określenie landmark-mania, dla opisania efektu, jaki wywołało otwarcie Guggenheim Museum w Billbao i londyńskiej Tate Modern w środowisku instytucji muzealnych w kraju. Do władz regionalnych, zarządzających lokalnymi muzeami, bez względu na rangę ich zbiorów i często wybitnie kameralny charakter, zgłaszają się architekci gotowi podjąć wyzwanie zaprojektowania landmarku dla regionu. Pokusa dla decydentów jest ogromna, bo stawką są zwiększone wpływy z turystyki i szansa „rozkręcenia muzealnego biznesu”. Odpowiednio szeroka kampania medialna przejmuje rolę „wolno mielących żaren historii”, a zmiany, zachodzące powoli w społecznej świadomości, zastępuje agresywny komunikat: „Będziemy mieli landmark”.

W takiej atmosferze powstaje chociażby projekt spektakularnej siedziby Turner Contemporary w Margate (hrabstwo Kent) – muzeum, którego zespół powołano do życia zaledwie kilka lat temu. Landmark ma współcześnie do odegrania konkretną rolę komercyjną, której niejako ubocznym efektem jest możliwość identyfikacji mieszkańców z miejscem i poczucie więzi. Biznesowa funkcja landmark architecture może wręcz wchodzić w konflikt z poczuciem tożsamości społeczności lokalnej, jak w przypadku oddziału Tate w St Ives, na który składają się dom i ogród rzeźb Barbary Hepworth. Plany przekształcenia tego muzeum o intymnym wręcz charakterze w landmark building zostały oprotestowane przez mieszkańców. Próba odgórnego narzucenia megalomańskiej i komercyjnej wizji landmark architecture zderzyła się z autentycznym przekonaniem społeczności, która swój landmark już ma!

Decyzja o wzniesieniu wyróżniającego się budynku nie musi wynikać z wybitnej roli instytucji, jaką ma on mieścić, a budowla nie musi odzwierciedlać bagażu znaczenia, jaki już posiada jej „zawartość”. Zaprojektowane przez pracownię Alsop Architects niekonwencjonalne laboratorium Queen Mary College for Medical Research w londyńskiej dzielnicy Whitechappel zaplanowane zostało z kolei jako landmark building, mający pomóc przyciągnąć do pracy w tym ośrodku czołowych naukowców z całego świata.

Landmark traktowany jest często jak lek na wiele pozaarchitektonicznych i pozaurbanistycznych schorzeń. Jest również gotową i szybką odpowiedzią na potrzebę zmiany w przestrzeni miejskiej oraz sposobem jej „rehabilitacji”.

W kontekście tych spostrzeżeń interesujący wydaje się budynek autorstwa pracowni Cazenove Architects, wzniesiony w jednej z dzielnic wschodniego Londynu – Barking and Dagenham, określany przez samych autorów mianem landmarku.

The Abbey Children’s Centre mieści żłobek, niewielki ośrodek edukacyjny dla rodziców, przychodnię zdrowotną dla dzieci oraz pomieszczenia zebrań i kuchnię mające służyć okolicznym mieszkańcom. Instytucja ta ma pomóc w integracji ludności dzielnicy, głównie ubogich emigrantów w pierwszym pokoleniu, umożliwiać podjęcie (utrzymanie) pracy matkom a także wyrównywać szanse edukacyjno-rozwojowe ich dzieci.

Zlokalizowany na narożnej działce w otoczeniu powojennych domów wielorodzinnych parterowy budynek może budzić zaskoczenie. Elewacje pokryte ułożonymi poziomo deskami, pomalowanymi na czarno grają kolorowymi plamami otworów okiennych. Autorzy najwyraźniej postanowili zrównoważyć obezwładniające działanie koloru wnętrz ośrodka dla małych dzieci zamykając je w surowej czarnej skorupie. Linia szczytu ścian zewnętrznych wznosi się to znów opada, kreśli trójkątne formy, przywołując dalekie skojarzenia ze światem łodzi i żeglugi. Budynek sprawia wrażenie lekko „rozkołysanego”.

drukuj o autorze podaj dalej komentuj

Get macromedia Flash Player



czytaj również
->W spirali percepcji
->Londyn Fiszera (V): Laboratorium kształtów
->Zepsuta utopia
->Loophole. Nowy most na Olzie
->Dolce far architettura – wystawa
włoskich młodych biur architektonicznych
w Krakowie
->Wycinanka na export
komentuj
marysia
e-mail | www
2006-01-25 14:26:55

super!
fan architektury
e-mail | www
2006-01-27 11:14:49

tekie budynki potrafią "rozbić" zwykłaść okolicy. nie zwsze to się udaje i nie zawsze to ma sens, ale może dobrze, że ktoś takie rzeczy robi. angielskie zadupia potrafią być naprawdę okropne i depresyjne...
quattro
e-mail | www
2006-02-03 01:16:25

...Polska, to jedna wielka depresja
fan architektury
e-mail | www
2006-02-03 21:43:46

Polska to nie depresja, polska polityka to depresja, ale to nie tu o tym pisać... W Polsce architektura to depresja, szczególnie w takich miastach jak kraków i Warszawa. U nas nie ma landmarków (poza Pałacem Kultury...)
tom
e-mail | www
2006-02-04 00:09:53

c'mon ale nie musicie robić depresji z tej strony....
ktos musial to napisac
e-mail | www
2006-02-07 13:28:27

holandia to dopiero depresja!

cwelek-b
e-mail | www
2006-02-10 23:37:53

sorry, w polsce jest syf, ale znam angielskie i holenderskie tzw rozwiazania urbanistyczno-architektoniczne,i sa to przestrzenie dla robocikow, jakas bajka o szczesciu, sztuczna, laboratoryjna przestrzen, wole polski chlew, jak ktos powiedzial (kasprowicz ? tetmajetr ?) "wole polskie gowno w polu niz fijolki w neapolu"

Dodaj komentarz...